Czekamy

Napisane przez Julię Kuraś 

IMG_4958 3.JPG

Julia Kuraś

Felietonistka socjologiczna; studentka ostatniego roku psychologii na Uniwersytecie City University of London
 

Nasze społeczeństwo przyzwyczajone jest do wszystkiego, oprócz czekania. W dobie fast foodów, ekspresowych przelewów bankowych i komunikatorów internetowych, czekanie staje się abstrakcją, a cierpliwość umiejętnością, która jawi się prawie jako nadprzyrodzona moc. Nawet piętnastominutowe gotowanie ryżu stało się czynnością tak długotrwałą i żmudną, że w sklepach zaczęły królować gotowce, które wystarczy wstawić na dwie minuty do mikrofalówki. Ograniczamy czekanie do absolutnego minimum. Funkcjonowanie lokali gastronomicznych, pubów, kawiarni i restauracji uzależnione jest od tempa pracy – przecież nikt nie będzie czekał więcej niż trzy minuty na swoje latte na wynos, bo zaraz ucieknie autobus, rozpocznie się firmowe spotkanie albo padnie bateria w słuchawkach. Trzy minuty to i tak strasznie długo. W tym czasie zdąży się zalajkować zdjęcia na Instagramie, umówić z kilkoma typami na Tinderze i wysłać szefowi wiadomość, że ‘znowu ten beznadziejny transport nawalił i będzie się trochę spóźnionym’. W epoce, w której czekanie na cokolwiek odbierane jest jako marnowanie czasu, wszyscy unikają go jak ognia, z większą skutecznością niż tytoniu, alkoholu czy narkotyków. Niekiedy może się wydawać, że dużo łatwiej jest znaleźć zgubione w piątej klasie podstawówki trampki, niż dwie godziny czyjegoś czasu (i – szczerze mówiąc, to założenie wcale nie musi być błędne). Czasu, w którym ktoś naprawdę nas słucha i stara się zrozumieć, a nie przytakuje co trzy sekundy, jednocześnie szukając wzniosłego opisu rodem z książek Paulo Coelho, żeby obserwatorzy mogli oddać się zadumie, oglądając inspirujące zdjęcie stóp w piasku czy kolorowego drinka. Nie lubimy czekać, bo z tego nic nie wynika – a to oznacza, że nie jesteśmy produktywni, a przecież nic nierobienie to najgorsze zło tego świata.

Irytujemy się niemiłosiernie, kiedy klient przed nami używa kasy samoobsługowej dłużej niż pięć minut, no bo przecież ile można czekać. Spóźnieni na autobus, spóźnieni do pracy, spóźnieni na spotkanie z przyjaciółmi. Powiedzmy sobie szczerze – nie mamy czasu na czekanie. Żyjemy od deadlinu do deadlinu, od budzika do budzika, szczęśliwcy od weekendu do weekendu. Wiecznie w pośpiechu, wiecznie spóźnieni, wiecznie zajęci. Kiedy mamy chwilę wolnego czasu, wydaje nam się to tak nieprawdopodobne, że aż zaczynamy odczuwać dziwny niepokój – czy aby na pewno wszystko jest zrobione? Wolne popołudnie? Niemożliwe.

Ale przecież każdy z nas jest wolnym człowiekiem i może robić co mu się tylko żywnie podoba! Nie jest ograniczony absolutnie niczym – no, może tylko tymi deadlinami w pracy. I projektami na uczelni. No i kolejkami w sklepach. I korkami, rozkładem jazdy autobusów. I cenami mieszkań. I rachunkami za prąd i wodę. I opinią znajomych. I partnerem, partnerką, albo dziećmi. I rodziną. I tym, co ludzie powiedzą. I naszym wyglądem. I cechami charakteru. No i trochę tymi budzikami. I prawem. I polityką. I humorem szefa.

Kiedy już jako w pełni wolni i niezależni ludzie, wrócimy wieczorem do domu, wstawiając do mikrofali superszybki ryż, odpisując ekspresowo znajomym na komunikatorach (kiedyś przecież oddzwonimy!) zamawiając przez Internet trzecią sukienkę w tym miesiącu, możemy odetchnąć z ulgą. Zostało całe pięć godzin snu, zanim zadzwoni następny budzik.

Oczywiście powyższa wizja może wydawać się skrajnie dystopiczna – przecież nie jest z nami aż tak źle. Mamy jakieś tam przebłyski świadomości, staramy się czasami walczyć z nawykiem powierzchowności i poświęcić rzeczom, na których nam zależy. Umiemy rozwijać pasje, budować mocne więzi z bliskimi nam ludźmi, tworzyć sztukę, być wrażliwym, kochać zwierzęta. Wiemy, co jest dla nas ważne i bez czego nasze życia byłyby płytkie i nijakie. A mimo to, nie potrafimy znaleźć na nie czasu. Żyjemy bardzo odważnie – codziennie zakładając, że mamy jeszcze spory zapas dni do przeżycia. Jesteśmy przecież nieśmiertelni, my, młodzi, światowi, odważni. Oddajemy się mało ważnym sprawom, zaniedbując rzeczy ważne, no bo ‘przecież one nie znikną, a deadline już się zbliża’. To tak, jakbyśmy nawozili kwiatki najlepszym specyfikiem świata, zapominając ich podlewać.

Nie lubimy porażek, bo one marnują nasz czas – przecież robiliśmy coś nie po to, żeby skutek nie był zadowalający! Poza tym, jak to wygląda w oczach innych. Przecież tak staramy się zachować przyzwoitość, wypaść na normalnych! Dajemy sobie radę – mamy przecież pracę (trochę nas przytłacza, ale głupio przyznać), hobby (którego dawno już nie praktykowaliśmy, ale przynajmniej jest o czym mówić), znajomych (co prawda, lubimy tylko część z nich, ale przecież im nas więcej, tym weselej!), partnera (którego tak średnio znamy i w sumie nie jesteśmy pewni, czy lubimy, ale wygląda przyzwoicie i jest z kim iść na wesele kuzynki z gór). Dopóki się nie zaczniemy nad tym zastanawiać, to nawet fajnie jest. A przecież nie ma czasu się zastanawiać, no więc nie ma problemu, wszystko super.

Uwielbiamy posiadać, a możliwość wyboru potrafi nas wprawić w niemałą ekstazę. Galerie handlowe, butiki, supermarkety – powiedzmy sobie szczerze: szeroki wybór daje nam poczucie kontroli. Chcesz coś, dostajesz – nie trzeba nawet zbyt dużego wysiłku. Mimo tego, coś, co pozornie powinno zapewnić nam szczęście, wcale nie czyni nas weselszymi. Najnowszy telewizor wcale już nie jest najnowszy, ładna waza powinna ustąpić miejsca piękniejszej wazie, a eleganckie mieszkanie – większemu, modniejszemu loftowi. W pogoni za pozornie idealnym i lepszym, przegapiamy to, co sprawia nam radość, samowolnie się unieszczęśliwiając. Przecież skoro trafiło się dobre, to może trafić się jeszcze lepsze. To taki niekończący się bieg – niestety, na nasze własne życzenie.

Wybucha pandemia. Dokładnie ten sam świat, który przyzwyczaił nas do wygody i pośpiechu, rozwoju, a jednocześnie braku autorefleksji, zatrzymuje się. Rozpoczyna się proces izolacji i nie możemy wychodzić z domów. Pracujemy zdalnie, albo nie pracujemy wcale. Nie możemy wyjść na zewnątrz bez podania konkretnej przyczyny, nie mamy możliwości spotkania z grupą znajomych czy dalszą rodziną.

Projekty i deadliny zostały zawieszone, transport też, niezwykle ważne spotkania można jednak przełożyć. Obiecujemy sobie, że tym razem będzie inaczej. Przewartościujemy swoje życie, wejrzymy głębiej we własną moralność, docenimy otaczających nas ludzi. Będziemy się cieszyć z drobnostek, widzieć więcej, kochać mocniej. Będziemy doceniać wszystko tu i teraz. Mamy teraz czas. Dużo czasu. Tak dużo, że jest to aż niekomfortowe. Nie ma nic pewnego, nikt nie wie, kiedy i jak to się skończy, czy wrócimy do ‘normalności’ w takiej formie, jaką ją znaliśmy do tej pory. W ten sposób zostajemy skazani na obecność osoby, której najbardziej się obawiamy – siebie samych. Zostawionych ze swoimi myślami i emocjami, troskami i radościami, z obnażonym ego, którego nie możemy odsunąć deadlinem czy wyretuszować filtrem na Instagramie. Czekamy.